Archiwa tagu: Minimalizm

[Płyta] Xela – For Frosty Mornings and Summer Nights (2007)

xela_for_frosty_mornings

Dzisiejszy poranek przypomniał mi o pewnym, zagubionym pośród tysięcy przesłuchanych płyt, wydawnictwie. Za oknem białe od szronu drzewa, mgła i lekki mróz – sceneria idealna do odświeżenia sobie For Frosty Mornings and Summer Nights, autorstwa Johna Twellsa, szerzej znanego pod pseudonimem Xela. Możliwe, że to skutek sugestii, zawartej w tytule, ale uważam, że zawartość albumu rzeczywiście oddaje nastrój mroźnych poranków (w czerwcu przekonam się, czy letnich nocy też).

Muzyka, która znalazła się na For Frosty Mornings and Summer Nights, budzi skojarzenia z takimi artystami jak Boards of Canada, Aphex Twin czy ISAN i nie jest niczym wybitnie odkrywczym. Twells zbiera do jednego worka elementy znane z szeroko rozumianego IDM i laptopowej elektroniki, nieco nimi potrząsa, a następnie serwuje w postaci albumu złożonego z klikających i trzeszczących bitów, głębokiego basu, zgrabnych, minimalistycznych melodii i zniekształconych pogłosów. Na płycie nie znajdziemy utworów wpadających w ucho, jednak w żadnym wypadku nie oznacza to, że odczuwa się ich brak.

Największą zaletą albumu Xela jest jego dyskretny nastrój. Możesz zapętlić ją w trybie repeat i zapomnieć, że jest odtwarzana. Nie wiem, czy taki był zamysł Twellsa, ale For Frosty Mornings and Summer Nights świetnie sprawdza się jako muzyka tła do czytania czy spania. Najlepsze efekty osiągniemy jednak stosując się do wskazówek zawartych w tytule, a więc serwując ją sobie bezpośrednio do ucha podczas spaceru w mroźny, biały poranek.

Najlepszy na płycie: Afraid of Monsters.

Tomasz Skotak

[Płyta] William Basinski – The Disintegration Loops I-IV (2002)

Image

Logicznie rzecz biorąc czas jako taki jest niemy. Płynie, mija, staje w miejscu, ale przy tym nawet nie piśnie. Ba. Prawdopodobne nawet, że czasu nie ma, a to co za niego poczytujemy to chronologiczny szablon układania kolejnych faktów. Tak więc zgodzą się Państwo, że bytu niemego, do którego statusu ontycznego można mieć zastrzeżenia, nie da się wykorzystać w roli instrumentu muzycznego, prawda?

Nieprawda. Po dowody proszę udać się do najbliższego internetowego sklepu muzycznego i poprosić o „Disintegration Loops” Williama Basinskiego. Pan ów, wielki eksperymentator i mistrz ambientu, udowodni, że czasem można się posługiwać jak każdym innym instrumentem.

Legenda głosi, że William, ówcześnie jeszcze obywatel Nowego Jorku, zszedł w czeluści piwnicy swego domu, by zgrać stare taśmy z pętlami jego wcześniejszych nagrań do formatu cyfrowego. Ponad dwudziestoletnie taśmy słabo znosiły jednak próbę czasu, i za każdym cyklem odczytu traciły część swych magnetycznych właściwości. Basinski zarejestrował ten proces, a materiał, ponad cztery godziny muzyki, wydał w 2002 roku w wytwórni 2062.

Utwory Basinskiego pewnie można by nazwać dziełem przypadku. Cóż to jednak za cudowny przypadek! Każda kompozycja (część z nich nawet ponadgodzinna) opiera się na tym samym: na odtwarzaniu zapętlonej taśmy tak długo, aż rozpadnie się całkowicie. Każdy cykl, każdy kolejny kontakt z głowicą odtwarzacza, zrywa z nylonowej taśmy płatki namagnesowanego ferrytu. Dezintegracja postępuje, a William, jak alchemik zamknięty w swojej wieży, ogląda procesy fizyczne z zewnątrz, starając się jak najmniej ingerować. Doskonały soundtrack do przemijania. Perfekcyjna kołysanka. Muzyka końca czasu, nie mająca w sobie nic z apokalipsy. Podkład dźwiękowy pod pejzaż lodowej pustyni. Kłujący magnetycznymi igiełkami jak szkiełko w oku baśniowego Kaja.

Muzyka na „Disintegration Loops” jest z założenia podkładem. Trafia do duszy słuchacza nieinwazyjnie, poza zmysłami, nie angażuje mocy umysłowych, ale wprowadza w stan hipnozy. Monotonne odtwarzanie tych samych pętli przez godzinę gwarantuje wysokiej jakości trans, dlatego jedynym stanem sprzyjającym słuchaniu Basinskiego jest zasypianie.

Magnetycznych snów.

Najlepszy na płycie:  dlp 1.1.

Tomasz Skotak