Archiwa tagu: Elektronika

[Płyta] Xela – For Frosty Mornings and Summer Nights (2007)

xela_for_frosty_mornings

Dzisiejszy poranek przypomniał mi o pewnym, zagubionym pośród tysięcy przesłuchanych płyt, wydawnictwie. Za oknem białe od szronu drzewa, mgła i lekki mróz – sceneria idealna do odświeżenia sobie For Frosty Mornings and Summer Nights, autorstwa Johna Twellsa, szerzej znanego pod pseudonimem Xela. Możliwe, że to skutek sugestii, zawartej w tytule, ale uważam, że zawartość albumu rzeczywiście oddaje nastrój mroźnych poranków (w czerwcu przekonam się, czy letnich nocy też).

Muzyka, która znalazła się na For Frosty Mornings and Summer Nights, budzi skojarzenia z takimi artystami jak Boards of Canada, Aphex Twin czy ISAN i nie jest niczym wybitnie odkrywczym. Twells zbiera do jednego worka elementy znane z szeroko rozumianego IDM i laptopowej elektroniki, nieco nimi potrząsa, a następnie serwuje w postaci albumu złożonego z klikających i trzeszczących bitów, głębokiego basu, zgrabnych, minimalistycznych melodii i zniekształconych pogłosów. Na płycie nie znajdziemy utworów wpadających w ucho, jednak w żadnym wypadku nie oznacza to, że odczuwa się ich brak.

Największą zaletą albumu Xela jest jego dyskretny nastrój. Możesz zapętlić ją w trybie repeat i zapomnieć, że jest odtwarzana. Nie wiem, czy taki był zamysł Twellsa, ale For Frosty Mornings and Summer Nights świetnie sprawdza się jako muzyka tła do czytania czy spania. Najlepsze efekty osiągniemy jednak stosując się do wskazówek zawartych w tytule, a więc serwując ją sobie bezpośrednio do ucha podczas spaceru w mroźny, biały poranek.

Najlepszy na płycie: Afraid of Monsters.

Tomasz Skotak

Reklamy

[Płyta] Fennesz – Endless Summer (2001)

Image„Niebo obnażało tego dnia wewnętrzną swą konstrukcję w wielu jakby anatomicznych preparatach, pokazujących spirale i słoje światła, przekroje seledynowych brył nocy, plazmę przestworzy, tkankę rojeń nocnych – lepiej niż Bruno Schulz opisać esencji upalnego dnia w środku lata się nie da. Przekład wrażeń zmysłowych na formę, w której dałyby się rozpowszechnić, jest balansowaniem na linie. Schulz, w kwestii kwintesencji lata, napisał wszystko, co opisowi podlegało. Samej kwintesencji lata jednak nie wyczerpał. Można bowiem spróbować odwołać się do innych zmysłów. Można upalne lato zagrać. Tak, jak zagrał je Christian Fennesz.

Christian, gdyby urodził się dwa wieki wcześniej, pewnie zostałby czwartym klasykiem wiedeńskim. Miejsce wybrał idealne. Szczęśliwie dla współczesnych zawiodło go poczucie czasu. „Endless Summer”, album, o którym mowa, to kamień milowy w karierze Fennesza. Wczesne, hermetyczne dokonaniach artysty, dające podsumować się albumem zatytułowanym dźwięcznie „Plus Forty Seven Degrees 56′ 37” Minus Sixteen Degrees 51′ 08”” to cios wymierzony wprost w ośrodkowy układ nerwowy. Hałas i chaos. Muzyka tyleż piękna, co nieprzystępna. Dla niewprawnego ucha wręcz nie-muzyka. Trudno założyć, że odwołująca się do jakichkolwiek wrażeń wzrokowych. Pod wpływem bliżej niewyjaśnionych okoliczności Fennesz postanowił jednak złagodnieć. Zaczął grać pop. Noise pop. 

„Endless Summer” jest muzyką o obrazach. Christianowi udało się, za pomocą dwóch tylko instrumentów, laptopa i gitary, przerobić gorące, rozedrgane powietrze na wyborną strawę dla uszu. Fennesz swoim skromnym instrumentarium maluje. Czasem przywodzi na myśl rozległe krajobrazy Boards of Canada, czasem plamy światła Briana Eno, ponad wszystko jednak wiedeńczyk pozostaje wierny własnemu spojrzeniu na dźwięki jako struktury, z których tka pajęczynę swojej muzyki. Nieskończone bogactwo elementów przy każdym akcie słuchania pozwala odnajdywać nowe połączenia między nimi. Fennesz, niczym doświadczony hipnotyzer, wprowadza słuchacza w stan alfa. Przebijanie się przez lodowato precyzyjną warstwę przesterowanego, przefiltrowanego i Bóg wie jak jeszcze pokiereszowanego dźwięku niewiadomego pochodzenia przywodzi na myśl swobodne opadanie na dno morza. Poniżej zwiewne, oniryczne melodie gitary akustycznej rozciągają w nieskończoność czas. Umysł porzuca punkty odniesienia. Słuchanie „Endless Summer” jest jak zasypianie na gorącym piasku pustej plaży. Naprawdę.

Album wręcz epatuje melodiami. Od pierwszego na płycie „Made in Hongkong”, po ostatni „Endless”, artysta popisuje się wielkim talentem do konstrukcji prostych, a jednocześnie niezwykle nośnych. W przekroju całego wydawnictwa nie ma części słabych. Nie ma miejsca na żadną przypadkowość, niezamierzony dysonans, jakikolwiek niedopracowany element. Kulminacją jest jednak tytułowy „Endless Summer”, przez cały czas swego trwania raczący nas, rzecz niespotykana na poprzednich wydawnictwach Fennesza, delikatnym gitarowym riffem. Wszystko okraszone tak charakterystycznymi dla autora zniekształceniami dźwięku. Mieszanka słodkich melodii z szorstkimi elektronicznymi efektami tworzy muzykę wybitną. Muzykę, którą koniecznie należy zapisywać przez wielkie „M”.

Najlepszy na płycie: Endless Summer.

Tomasz Skotak

[Płyta] Aphex Twin – Selected Ambient Works 85-92 (1992)

ImageŚwiat nie rozwija się linearnie. Zmiana jest konsekwencją rewolucji, ta zaś jest jest wrogiem utrwalonego porządku. Jak w świecie, tak i w muzyce, na stagnację nie ma miejsca. Na scenie co jakiś czas pojawiać się musi ktoś, kogo podejście do dźwięku, kompozycji czy technik produkcji otworzy uszy szerokiego audytorium na nowe, nieeksplorowane gatunki.

W 1992 roku tym kimś okazał się Richard D. James, znany między innymi jako Aphex Twin. Szczęściarz, którego spotkał zaszczyt bycia ojcem. Ojcem gatunku. Jednego z najważniejszych gatunków współczesnej muzyki elektronicznej, w skrócie zwanego IDM. Debiutancki longplay Aphex Twin, „Selected Ambient Works 85-92”, to sedno tego, co zwykło się, mimo wszystkich późniejszych wątpliwości, nazywać Intelligent Dance Music.

„Selected Ambient Works” to album niepodobny do poprzednich dokonań Richarda, wydawanych pod różnymi pseudonimami w formie singli i EP-ek. Przede wszystkim delikatniejszy, o wiele łatwiejszy w odbiorze, melodyjny. Nie to jednak jest w nim najważniejsze. Najważniejsze jest to, czego ledwie dwudziestoletniemu artyście udało się dokonać w warstwie ideowej dzieła. Połączenie mocno już osłuchanych ambientu i techno z jednej strony, z drugiej zaś położenie kamienia węgielnego pod nowy kierunek w muzyce trance, to przecież nie lada wyczyn.

Brzmienie album w dzisiejszych czasach może wydawać się lekko nieświeże. Czyż istnieją w muzyce elektronicznej bardziej oczywiste środki wyrazu niż emerytowane automaty perkusyjne Rolanda: TR-606 i TR-808? Bardziej nadużywane efekty niż echo i reverb? Coś równie oczywistego jak hi-hat? Raczej nie. A jednak, po prawie dwóch dekadach, Selected Ambient Works nie przejadają się, nie drażnią i nie prowokują głęboko przeponowego ziewu. Przeciwnie! Miękkie linie basowe syntezatorów, nieskomplikowany beat, nieco trzasków, chrobotów i szumów, ale przede wszystkim błyskotliwe melodie, wciąż bronią tego wydawnictwa przed zębem czasu.

„Selected Ambient Works” to bowiem, ponad wszystko, nierozerwalna całość, której sensem jest nastrój. Od samego początku, od przewspaniałego „Xtal”, pełnego ciepłych kobiecych sampli, po zamykający, idealnie transowy „Actium”, słuchacz nie ma szans. Zmyślna, sinusoidalna konstrukcja całości, oscylująca między kontemplacyjnymi kawałkami ambientu a częściami niemal parkietowymi nie pozostawia miejsca na dekoncentrację. To wszystko sprawia, że „SAW 85-92” oczarowuje swoją niepowtarzalną aurą.

Kupna krążka nie musisz się obawiać. Jeśli zaczynasz właśnie przygodę z elektroniką Selected Ambient Works to podstawa. Na Autechre czy Biosphere przyjdzie jeszcze czas. Jednocześnie możesz być pewien, że nawet po przesłuchaniu setek „podobnych” artystów, od debiutu Aphex Twin nie uciekniesz na długo.

Najlepszy na płycie: Xtal.

Tomasz Skotak