Archiwa tagu: Eksperymentalna

[Płyta] Aarktica – Pure Tone Audiometry (2003)

Aarktica-Pure_Tone_Audiometry-2003Audiometria tonalna (ang. pure tone audiometry, PTA) – jedna z najczęściej stosowanych metod subiektywnego badania słuchu. Jej głównym celem jest ocena progu słyszenia, pozwalająca określić rodzaj oraz stopień upośledzenia tego zmysłu [1].

Polecam tego typu badanie. Dzięki niemu dowiesz się wiele na temat życia, które toczy się wewnątrz Ciebie – bulgotów, stuków i skrzypień, których na co dzień nie rejestrujesz. Pani audiolog zaprosi Cię do kabiny wyciszonej tak dobrze, że słyszysz szum krwi płynącej w skroniach. Wdech – pauza – wydech – pauza, oddychasz lekko, ale jest tak cicho, że hałasujesz jak odkurzacz Zelmera u Twojej babci. Każą Ci nałożyć słuchawki i odtworzą dziwne dźwięki, a Ty będziesz się dziwić, że puls może być aż tak głośny.

W ten sposób bada się zdolność słyszenia. Wyobrażam sobie, że test umiejętności słuchania można by przeprowadzić w takich samych warunkach, ale, zamiast sinusoid, na słuchawki podano by Pure Tone Audiometry grupy Aarktica.

Aarktica to projekt dowodzony przez Amerykanina Jona DeRosę, a wydany w 2003 roku Pure Tone Audiometry jest trzecim pełnowymiarowym albumem w dorobku grupy. Lodowate piękno tego albumu sprawiło, że także moim ulubionym.

Album otwiera Out to Sea, duet DeRosy i Lorraine Leis. Delikatny, damsko-męski dwugłos, opada na wibrujące rytmicznie, zniekształcone smyczki (?), tworząc nastrój hipnotycznego półsnu, by na koniec rozpłynąć się w słodkiej mgle wokalizy Lorraine. Przepiękne otwarcie i bardzo dobre wprowadzenie w nastrój całości. Dalej jest równie zimno, melancholijnie i spokojnie. W drugim The Mimicry All Woman Use mamy snującą się gitarę i śpiew Jona, ale prawdziwa magia dzieje się dopiero w końcówce, gdy wokal milknie, a inicjatywę przejmują przesterowane gitary i monotonny basowy riff. Być może to sugestia spowodowana tytułem utworu, ale trzeci z kolei Snowstorm Ruins Birthday brzmi tak, jak powinna brzmieć zamieć śnieżna. Wiesz, że gdzieś tam, za ścianą szumu, jest ukryta melodia. Rozpoznajesz jej ogólny zarys, ale gęsta, biała materia nie pozwala Ci jej dosłyszeć. Następny w kolejności Ocean to miękka, popowa ballada, prowadzona gitarą i skrzypcami, znów ozdobiona damsko – męskim wokalem. Jest nieco bardziej dosłowna i nie tak hipnotyzująca jak pozostałe utwory, ale nie burzy sennego spokoju całości, którego kulminacja czeka nas w Big Year – moim zdaniem najciekawszym utworze na płycie. Trudno opisać go za pomocą słów. To ośmiominutowy trans, najnudniejszy utwór świata, monotonny do tego stopnia, że powoduje zmiany w świadomości. Powtarzające się linie skrzypiec i gitar prowadzą słuchacza w stan świadomego śnienia. Następny Water Wakes Dead Cells jest jak policzek wymierzony śpiącemu. Pulsujący, dudniący basowo, przywodzi na myśl doświadczenia słuchowe z kabiny audiometrycznej, albo cuda, które ze swoim ciałem wyprawiał Stelarc. Ostatnim utworem albumu jest kilkunastominutowy Williamsburg Counterpoint, ewoluujący od ambientowego tła po złowieszczo szarpane gitarowe akordy – podsumowujący, zbierający razem i zamykający w jednej kompozycji to, co do tej pory znalazło się na płycie.

To, co Aarktica proponują na Pure Tone Audiometry jest monotonne, powtarzalne, nudne. Aarktica to nudziarze, więc strzeż się – jeśli zdasz test na umiejętność słuchania, możesz też nim zostać.

Najlepszy na płycie: Big Year.

Tomasz Skotak

—–

[1] Za: http://pl.wikipedia.org/wiki/Audiometria_tonalna

[Płyta] Fennesz – Endless Summer (2001)

Image„Niebo obnażało tego dnia wewnętrzną swą konstrukcję w wielu jakby anatomicznych preparatach, pokazujących spirale i słoje światła, przekroje seledynowych brył nocy, plazmę przestworzy, tkankę rojeń nocnych – lepiej niż Bruno Schulz opisać esencji upalnego dnia w środku lata się nie da. Przekład wrażeń zmysłowych na formę, w której dałyby się rozpowszechnić, jest balansowaniem na linie. Schulz, w kwestii kwintesencji lata, napisał wszystko, co opisowi podlegało. Samej kwintesencji lata jednak nie wyczerpał. Można bowiem spróbować odwołać się do innych zmysłów. Można upalne lato zagrać. Tak, jak zagrał je Christian Fennesz.

Christian, gdyby urodził się dwa wieki wcześniej, pewnie zostałby czwartym klasykiem wiedeńskim. Miejsce wybrał idealne. Szczęśliwie dla współczesnych zawiodło go poczucie czasu. „Endless Summer”, album, o którym mowa, to kamień milowy w karierze Fennesza. Wczesne, hermetyczne dokonaniach artysty, dające podsumować się albumem zatytułowanym dźwięcznie „Plus Forty Seven Degrees 56′ 37” Minus Sixteen Degrees 51′ 08”” to cios wymierzony wprost w ośrodkowy układ nerwowy. Hałas i chaos. Muzyka tyleż piękna, co nieprzystępna. Dla niewprawnego ucha wręcz nie-muzyka. Trudno założyć, że odwołująca się do jakichkolwiek wrażeń wzrokowych. Pod wpływem bliżej niewyjaśnionych okoliczności Fennesz postanowił jednak złagodnieć. Zaczął grać pop. Noise pop. 

„Endless Summer” jest muzyką o obrazach. Christianowi udało się, za pomocą dwóch tylko instrumentów, laptopa i gitary, przerobić gorące, rozedrgane powietrze na wyborną strawę dla uszu. Fennesz swoim skromnym instrumentarium maluje. Czasem przywodzi na myśl rozległe krajobrazy Boards of Canada, czasem plamy światła Briana Eno, ponad wszystko jednak wiedeńczyk pozostaje wierny własnemu spojrzeniu na dźwięki jako struktury, z których tka pajęczynę swojej muzyki. Nieskończone bogactwo elementów przy każdym akcie słuchania pozwala odnajdywać nowe połączenia między nimi. Fennesz, niczym doświadczony hipnotyzer, wprowadza słuchacza w stan alfa. Przebijanie się przez lodowato precyzyjną warstwę przesterowanego, przefiltrowanego i Bóg wie jak jeszcze pokiereszowanego dźwięku niewiadomego pochodzenia przywodzi na myśl swobodne opadanie na dno morza. Poniżej zwiewne, oniryczne melodie gitary akustycznej rozciągają w nieskończoność czas. Umysł porzuca punkty odniesienia. Słuchanie „Endless Summer” jest jak zasypianie na gorącym piasku pustej plaży. Naprawdę.

Album wręcz epatuje melodiami. Od pierwszego na płycie „Made in Hongkong”, po ostatni „Endless”, artysta popisuje się wielkim talentem do konstrukcji prostych, a jednocześnie niezwykle nośnych. W przekroju całego wydawnictwa nie ma części słabych. Nie ma miejsca na żadną przypadkowość, niezamierzony dysonans, jakikolwiek niedopracowany element. Kulminacją jest jednak tytułowy „Endless Summer”, przez cały czas swego trwania raczący nas, rzecz niespotykana na poprzednich wydawnictwach Fennesza, delikatnym gitarowym riffem. Wszystko okraszone tak charakterystycznymi dla autora zniekształceniami dźwięku. Mieszanka słodkich melodii z szorstkimi elektronicznymi efektami tworzy muzykę wybitną. Muzykę, którą koniecznie należy zapisywać przez wielkie „M”.

Najlepszy na płycie: Endless Summer.

Tomasz Skotak