Archiwa tagu: 2001

[Płyta] Fennesz – Endless Summer (2001)

Image„Niebo obnażało tego dnia wewnętrzną swą konstrukcję w wielu jakby anatomicznych preparatach, pokazujących spirale i słoje światła, przekroje seledynowych brył nocy, plazmę przestworzy, tkankę rojeń nocnych – lepiej niż Bruno Schulz opisać esencji upalnego dnia w środku lata się nie da. Przekład wrażeń zmysłowych na formę, w której dałyby się rozpowszechnić, jest balansowaniem na linie. Schulz, w kwestii kwintesencji lata, napisał wszystko, co opisowi podlegało. Samej kwintesencji lata jednak nie wyczerpał. Można bowiem spróbować odwołać się do innych zmysłów. Można upalne lato zagrać. Tak, jak zagrał je Christian Fennesz.

Christian, gdyby urodził się dwa wieki wcześniej, pewnie zostałby czwartym klasykiem wiedeńskim. Miejsce wybrał idealne. Szczęśliwie dla współczesnych zawiodło go poczucie czasu. „Endless Summer”, album, o którym mowa, to kamień milowy w karierze Fennesza. Wczesne, hermetyczne dokonaniach artysty, dające podsumować się albumem zatytułowanym dźwięcznie „Plus Forty Seven Degrees 56′ 37” Minus Sixteen Degrees 51′ 08”” to cios wymierzony wprost w ośrodkowy układ nerwowy. Hałas i chaos. Muzyka tyleż piękna, co nieprzystępna. Dla niewprawnego ucha wręcz nie-muzyka. Trudno założyć, że odwołująca się do jakichkolwiek wrażeń wzrokowych. Pod wpływem bliżej niewyjaśnionych okoliczności Fennesz postanowił jednak złagodnieć. Zaczął grać pop. Noise pop. 

„Endless Summer” jest muzyką o obrazach. Christianowi udało się, za pomocą dwóch tylko instrumentów, laptopa i gitary, przerobić gorące, rozedrgane powietrze na wyborną strawę dla uszu. Fennesz swoim skromnym instrumentarium maluje. Czasem przywodzi na myśl rozległe krajobrazy Boards of Canada, czasem plamy światła Briana Eno, ponad wszystko jednak wiedeńczyk pozostaje wierny własnemu spojrzeniu na dźwięki jako struktury, z których tka pajęczynę swojej muzyki. Nieskończone bogactwo elementów przy każdym akcie słuchania pozwala odnajdywać nowe połączenia między nimi. Fennesz, niczym doświadczony hipnotyzer, wprowadza słuchacza w stan alfa. Przebijanie się przez lodowato precyzyjną warstwę przesterowanego, przefiltrowanego i Bóg wie jak jeszcze pokiereszowanego dźwięku niewiadomego pochodzenia przywodzi na myśl swobodne opadanie na dno morza. Poniżej zwiewne, oniryczne melodie gitary akustycznej rozciągają w nieskończoność czas. Umysł porzuca punkty odniesienia. Słuchanie „Endless Summer” jest jak zasypianie na gorącym piasku pustej plaży. Naprawdę.

Album wręcz epatuje melodiami. Od pierwszego na płycie „Made in Hongkong”, po ostatni „Endless”, artysta popisuje się wielkim talentem do konstrukcji prostych, a jednocześnie niezwykle nośnych. W przekroju całego wydawnictwa nie ma części słabych. Nie ma miejsca na żadną przypadkowość, niezamierzony dysonans, jakikolwiek niedopracowany element. Kulminacją jest jednak tytułowy „Endless Summer”, przez cały czas swego trwania raczący nas, rzecz niespotykana na poprzednich wydawnictwach Fennesza, delikatnym gitarowym riffem. Wszystko okraszone tak charakterystycznymi dla autora zniekształceniami dźwięku. Mieszanka słodkich melodii z szorstkimi elektronicznymi efektami tworzy muzykę wybitną. Muzykę, którą koniecznie należy zapisywać przez wielkie „M”.

Najlepszy na płycie: Endless Summer.

Tomasz Skotak

Reklamy