Archiwum autora: Tomasz

[Płyta] Xela – For Frosty Mornings and Summer Nights (2007)

xela_for_frosty_mornings

Dzisiejszy poranek przypomniał mi o pewnym, zagubionym pośród tysięcy przesłuchanych płyt, wydawnictwie. Za oknem białe od szronu drzewa, mgła i lekki mróz – sceneria idealna do odświeżenia sobie For Frosty Mornings and Summer Nights, autorstwa Johna Twellsa, szerzej znanego pod pseudonimem Xela. Możliwe, że to skutek sugestii, zawartej w tytule, ale uważam, że zawartość albumu rzeczywiście oddaje nastrój mroźnych poranków (w czerwcu przekonam się, czy letnich nocy też).

Muzyka, która znalazła się na For Frosty Mornings and Summer Nights, budzi skojarzenia z takimi artystami jak Boards of Canada, Aphex Twin czy ISAN i nie jest niczym wybitnie odkrywczym. Twells zbiera do jednego worka elementy znane z szeroko rozumianego IDM i laptopowej elektroniki, nieco nimi potrząsa, a następnie serwuje w postaci albumu złożonego z klikających i trzeszczących bitów, głębokiego basu, zgrabnych, minimalistycznych melodii i zniekształconych pogłosów. Na płycie nie znajdziemy utworów wpadających w ucho, jednak w żadnym wypadku nie oznacza to, że odczuwa się ich brak.

Największą zaletą albumu Xela jest jego dyskretny nastrój. Możesz zapętlić ją w trybie repeat i zapomnieć, że jest odtwarzana. Nie wiem, czy taki był zamysł Twellsa, ale For Frosty Mornings and Summer Nights świetnie sprawdza się jako muzyka tła do czytania czy spania. Najlepsze efekty osiągniemy jednak stosując się do wskazówek zawartych w tytule, a więc serwując ją sobie bezpośrednio do ucha podczas spaceru w mroźny, biały poranek.

Najlepszy na płycie: Afraid of Monsters.

Tomasz Skotak

Reklamy

[Płyta] Aarktica – Pure Tone Audiometry (2003)

Aarktica-Pure_Tone_Audiometry-2003Audiometria tonalna (ang. pure tone audiometry, PTA) – jedna z najczęściej stosowanych metod subiektywnego badania słuchu. Jej głównym celem jest ocena progu słyszenia, pozwalająca określić rodzaj oraz stopień upośledzenia tego zmysłu [1].

Polecam tego typu badanie. Dzięki niemu dowiesz się wiele na temat życia, które toczy się wewnątrz Ciebie – bulgotów, stuków i skrzypień, których na co dzień nie rejestrujesz. Pani audiolog zaprosi Cię do kabiny wyciszonej tak dobrze, że słyszysz szum krwi płynącej w skroniach. Wdech – pauza – wydech – pauza, oddychasz lekko, ale jest tak cicho, że hałasujesz jak odkurzacz Zelmera u Twojej babci. Każą Ci nałożyć słuchawki i odtworzą dziwne dźwięki, a Ty będziesz się dziwić, że puls może być aż tak głośny.

W ten sposób bada się zdolność słyszenia. Wyobrażam sobie, że test umiejętności słuchania można by przeprowadzić w takich samych warunkach, ale, zamiast sinusoid, na słuchawki podano by Pure Tone Audiometry grupy Aarktica.

Aarktica to projekt dowodzony przez Amerykanina Jona DeRosę, a wydany w 2003 roku Pure Tone Audiometry jest trzecim pełnowymiarowym albumem w dorobku grupy. Lodowate piękno tego albumu sprawiło, że także moim ulubionym.

Album otwiera Out to Sea, duet DeRosy i Lorraine Leis. Delikatny, damsko-męski dwugłos, opada na wibrujące rytmicznie, zniekształcone smyczki (?), tworząc nastrój hipnotycznego półsnu, by na koniec rozpłynąć się w słodkiej mgle wokalizy Lorraine. Przepiękne otwarcie i bardzo dobre wprowadzenie w nastrój całości. Dalej jest równie zimno, melancholijnie i spokojnie. W drugim The Mimicry All Woman Use mamy snującą się gitarę i śpiew Jona, ale prawdziwa magia dzieje się dopiero w końcówce, gdy wokal milknie, a inicjatywę przejmują przesterowane gitary i monotonny basowy riff. Być może to sugestia spowodowana tytułem utworu, ale trzeci z kolei Snowstorm Ruins Birthday brzmi tak, jak powinna brzmieć zamieć śnieżna. Wiesz, że gdzieś tam, za ścianą szumu, jest ukryta melodia. Rozpoznajesz jej ogólny zarys, ale gęsta, biała materia nie pozwala Ci jej dosłyszeć. Następny w kolejności Ocean to miękka, popowa ballada, prowadzona gitarą i skrzypcami, znów ozdobiona damsko – męskim wokalem. Jest nieco bardziej dosłowna i nie tak hipnotyzująca jak pozostałe utwory, ale nie burzy sennego spokoju całości, którego kulminacja czeka nas w Big Year – moim zdaniem najciekawszym utworze na płycie. Trudno opisać go za pomocą słów. To ośmiominutowy trans, najnudniejszy utwór świata, monotonny do tego stopnia, że powoduje zmiany w świadomości. Powtarzające się linie skrzypiec i gitar prowadzą słuchacza w stan świadomego śnienia. Następny Water Wakes Dead Cells jest jak policzek wymierzony śpiącemu. Pulsujący, dudniący basowo, przywodzi na myśl doświadczenia słuchowe z kabiny audiometrycznej, albo cuda, które ze swoim ciałem wyprawiał Stelarc. Ostatnim utworem albumu jest kilkunastominutowy Williamsburg Counterpoint, ewoluujący od ambientowego tła po złowieszczo szarpane gitarowe akordy – podsumowujący, zbierający razem i zamykający w jednej kompozycji to, co do tej pory znalazło się na płycie.

To, co Aarktica proponują na Pure Tone Audiometry jest monotonne, powtarzalne, nudne. Aarktica to nudziarze, więc strzeż się – jeśli zdasz test na umiejętność słuchania, możesz też nim zostać.

Najlepszy na płycie: Big Year.

Tomasz Skotak

—–

[1] Za: http://pl.wikipedia.org/wiki/Audiometria_tonalna

[Płyta] Fink – Hard Believer (2014)

fink_hard_believerHard Believer Finka trafił do sprzedaży w lipcu 2014. Po pierwszym przesłuchaniu kompletnie zignorowałem nowy krążek brytyjczyka. Błąd. Fink jednak nie dał o sobie zapomnieć. Wyrzuciłem go drzwiami – wrócił, razem z chłodnymi nocami, przez nieszczelne okno. Na pewno na chwilę zostanie.

Dotąd nie byłem fanem twórczości Fina Greenalla. Przewinął się przez odtwarzacz przy okazji niezłej Biscuits for Breakfast, ale nigdy nie poświęciłem mu zbyt wiele uwagi. Z Hard Believer jest jednak inaczej. Melancholia Piosenek (przez wielkie “P”), zebranych na tym wydawnictwie jest powalająca. Fink, zarówno jako kompozytor, jak i wokalista, trafia idealnie – porusza najdelikatniejszą strunę mojej muzycznej wrażliwości.

Cała płyta pełna jest chłodnych, oszczędnych kompozycji. Stricte rockowe instrumentarium tu i ówdzie wzbogacają, stosowane z umiarem, studyjne sztuczki (Fink znany jest również jako producent i DJ), wycofane instrumenty klawiszowe i przesterowane gitary. Zewsząd pobrzmiewają echa soulu, bluesa i folku, ale usłyszeć można też nawiązania do trip-hopu (White Flag) czy pop-rocka (prawie Coldplay’owski Looking Too Closely).

Przykładem niech będzie Green and the Blue, drugi utwór na płycie. Gitara, wokal, schowane pojedyncze uderzenia w klawisze fortepianu i ten niesamowity, skrzący się blachami perkusji, oparty na linii basu i schowanym chórku Fina, refren. Niby banał, abecadło songwritera, ale wykonane perfekcyjnie. Ten sam schemat Fink wykorzystuje w niemal wszystkich kompozycjach – i nie jest to zarzut, gdyż przed nudą chronią wspaniałe, dojrzałe, zapadające w pamięć melodie (np. Shakespeare – piękna kompozycja i równie dobry tekst).

Czy Hard Believer przetrwa próbę czasu i wrócę do niej za rok? Pewnie nie. Ale póki trwa jesień będę z niej korzystał tak, jak z nocnych przejażdżek przy fatalnej pogodzie – z naiwną fascynacją.

Najlepszy na płycie: Green and the Blue.

Tomasz Skotak

[Płyta] Fennesz – Endless Summer (2001)

Image„Niebo obnażało tego dnia wewnętrzną swą konstrukcję w wielu jakby anatomicznych preparatach, pokazujących spirale i słoje światła, przekroje seledynowych brył nocy, plazmę przestworzy, tkankę rojeń nocnych – lepiej niż Bruno Schulz opisać esencji upalnego dnia w środku lata się nie da. Przekład wrażeń zmysłowych na formę, w której dałyby się rozpowszechnić, jest balansowaniem na linie. Schulz, w kwestii kwintesencji lata, napisał wszystko, co opisowi podlegało. Samej kwintesencji lata jednak nie wyczerpał. Można bowiem spróbować odwołać się do innych zmysłów. Można upalne lato zagrać. Tak, jak zagrał je Christian Fennesz.

Christian, gdyby urodził się dwa wieki wcześniej, pewnie zostałby czwartym klasykiem wiedeńskim. Miejsce wybrał idealne. Szczęśliwie dla współczesnych zawiodło go poczucie czasu. „Endless Summer”, album, o którym mowa, to kamień milowy w karierze Fennesza. Wczesne, hermetyczne dokonaniach artysty, dające podsumować się albumem zatytułowanym dźwięcznie „Plus Forty Seven Degrees 56′ 37” Minus Sixteen Degrees 51′ 08”” to cios wymierzony wprost w ośrodkowy układ nerwowy. Hałas i chaos. Muzyka tyleż piękna, co nieprzystępna. Dla niewprawnego ucha wręcz nie-muzyka. Trudno założyć, że odwołująca się do jakichkolwiek wrażeń wzrokowych. Pod wpływem bliżej niewyjaśnionych okoliczności Fennesz postanowił jednak złagodnieć. Zaczął grać pop. Noise pop. 

„Endless Summer” jest muzyką o obrazach. Christianowi udało się, za pomocą dwóch tylko instrumentów, laptopa i gitary, przerobić gorące, rozedrgane powietrze na wyborną strawę dla uszu. Fennesz swoim skromnym instrumentarium maluje. Czasem przywodzi na myśl rozległe krajobrazy Boards of Canada, czasem plamy światła Briana Eno, ponad wszystko jednak wiedeńczyk pozostaje wierny własnemu spojrzeniu na dźwięki jako struktury, z których tka pajęczynę swojej muzyki. Nieskończone bogactwo elementów przy każdym akcie słuchania pozwala odnajdywać nowe połączenia między nimi. Fennesz, niczym doświadczony hipnotyzer, wprowadza słuchacza w stan alfa. Przebijanie się przez lodowato precyzyjną warstwę przesterowanego, przefiltrowanego i Bóg wie jak jeszcze pokiereszowanego dźwięku niewiadomego pochodzenia przywodzi na myśl swobodne opadanie na dno morza. Poniżej zwiewne, oniryczne melodie gitary akustycznej rozciągają w nieskończoność czas. Umysł porzuca punkty odniesienia. Słuchanie „Endless Summer” jest jak zasypianie na gorącym piasku pustej plaży. Naprawdę.

Album wręcz epatuje melodiami. Od pierwszego na płycie „Made in Hongkong”, po ostatni „Endless”, artysta popisuje się wielkim talentem do konstrukcji prostych, a jednocześnie niezwykle nośnych. W przekroju całego wydawnictwa nie ma części słabych. Nie ma miejsca na żadną przypadkowość, niezamierzony dysonans, jakikolwiek niedopracowany element. Kulminacją jest jednak tytułowy „Endless Summer”, przez cały czas swego trwania raczący nas, rzecz niespotykana na poprzednich wydawnictwach Fennesza, delikatnym gitarowym riffem. Wszystko okraszone tak charakterystycznymi dla autora zniekształceniami dźwięku. Mieszanka słodkich melodii z szorstkimi elektronicznymi efektami tworzy muzykę wybitną. Muzykę, którą koniecznie należy zapisywać przez wielkie „M”.

Najlepszy na płycie: Endless Summer.

Tomasz Skotak

[Płyta] Aphex Twin – Selected Ambient Works 85-92 (1992)

ImageŚwiat nie rozwija się linearnie. Zmiana jest konsekwencją rewolucji, ta zaś jest jest wrogiem utrwalonego porządku. Jak w świecie, tak i w muzyce, na stagnację nie ma miejsca. Na scenie co jakiś czas pojawiać się musi ktoś, kogo podejście do dźwięku, kompozycji czy technik produkcji otworzy uszy szerokiego audytorium na nowe, nieeksplorowane gatunki.

W 1992 roku tym kimś okazał się Richard D. James, znany między innymi jako Aphex Twin. Szczęściarz, którego spotkał zaszczyt bycia ojcem. Ojcem gatunku. Jednego z najważniejszych gatunków współczesnej muzyki elektronicznej, w skrócie zwanego IDM. Debiutancki longplay Aphex Twin, „Selected Ambient Works 85-92”, to sedno tego, co zwykło się, mimo wszystkich późniejszych wątpliwości, nazywać Intelligent Dance Music.

„Selected Ambient Works” to album niepodobny do poprzednich dokonań Richarda, wydawanych pod różnymi pseudonimami w formie singli i EP-ek. Przede wszystkim delikatniejszy, o wiele łatwiejszy w odbiorze, melodyjny. Nie to jednak jest w nim najważniejsze. Najważniejsze jest to, czego ledwie dwudziestoletniemu artyście udało się dokonać w warstwie ideowej dzieła. Połączenie mocno już osłuchanych ambientu i techno z jednej strony, z drugiej zaś położenie kamienia węgielnego pod nowy kierunek w muzyce trance, to przecież nie lada wyczyn.

Brzmienie album w dzisiejszych czasach może wydawać się lekko nieświeże. Czyż istnieją w muzyce elektronicznej bardziej oczywiste środki wyrazu niż emerytowane automaty perkusyjne Rolanda: TR-606 i TR-808? Bardziej nadużywane efekty niż echo i reverb? Coś równie oczywistego jak hi-hat? Raczej nie. A jednak, po prawie dwóch dekadach, Selected Ambient Works nie przejadają się, nie drażnią i nie prowokują głęboko przeponowego ziewu. Przeciwnie! Miękkie linie basowe syntezatorów, nieskomplikowany beat, nieco trzasków, chrobotów i szumów, ale przede wszystkim błyskotliwe melodie, wciąż bronią tego wydawnictwa przed zębem czasu.

„Selected Ambient Works” to bowiem, ponad wszystko, nierozerwalna całość, której sensem jest nastrój. Od samego początku, od przewspaniałego „Xtal”, pełnego ciepłych kobiecych sampli, po zamykający, idealnie transowy „Actium”, słuchacz nie ma szans. Zmyślna, sinusoidalna konstrukcja całości, oscylująca między kontemplacyjnymi kawałkami ambientu a częściami niemal parkietowymi nie pozostawia miejsca na dekoncentrację. To wszystko sprawia, że „SAW 85-92” oczarowuje swoją niepowtarzalną aurą.

Kupna krążka nie musisz się obawiać. Jeśli zaczynasz właśnie przygodę z elektroniką Selected Ambient Works to podstawa. Na Autechre czy Biosphere przyjdzie jeszcze czas. Jednocześnie możesz być pewien, że nawet po przesłuchaniu setek „podobnych” artystów, od debiutu Aphex Twin nie uciekniesz na długo.

Najlepszy na płycie: Xtal.

Tomasz Skotak

[Płyta] William Basinski – The Disintegration Loops I-IV (2002)

Image

Logicznie rzecz biorąc czas jako taki jest niemy. Płynie, mija, staje w miejscu, ale przy tym nawet nie piśnie. Ba. Prawdopodobne nawet, że czasu nie ma, a to co za niego poczytujemy to chronologiczny szablon układania kolejnych faktów. Tak więc zgodzą się Państwo, że bytu niemego, do którego statusu ontycznego można mieć zastrzeżenia, nie da się wykorzystać w roli instrumentu muzycznego, prawda?

Nieprawda. Po dowody proszę udać się do najbliższego internetowego sklepu muzycznego i poprosić o „Disintegration Loops” Williama Basinskiego. Pan ów, wielki eksperymentator i mistrz ambientu, udowodni, że czasem można się posługiwać jak każdym innym instrumentem.

Legenda głosi, że William, ówcześnie jeszcze obywatel Nowego Jorku, zszedł w czeluści piwnicy swego domu, by zgrać stare taśmy z pętlami jego wcześniejszych nagrań do formatu cyfrowego. Ponad dwudziestoletnie taśmy słabo znosiły jednak próbę czasu, i za każdym cyklem odczytu traciły część swych magnetycznych właściwości. Basinski zarejestrował ten proces, a materiał, ponad cztery godziny muzyki, wydał w 2002 roku w wytwórni 2062.

Utwory Basinskiego pewnie można by nazwać dziełem przypadku. Cóż to jednak za cudowny przypadek! Każda kompozycja (część z nich nawet ponadgodzinna) opiera się na tym samym: na odtwarzaniu zapętlonej taśmy tak długo, aż rozpadnie się całkowicie. Każdy cykl, każdy kolejny kontakt z głowicą odtwarzacza, zrywa z nylonowej taśmy płatki namagnesowanego ferrytu. Dezintegracja postępuje, a William, jak alchemik zamknięty w swojej wieży, ogląda procesy fizyczne z zewnątrz, starając się jak najmniej ingerować. Doskonały soundtrack do przemijania. Perfekcyjna kołysanka. Muzyka końca czasu, nie mająca w sobie nic z apokalipsy. Podkład dźwiękowy pod pejzaż lodowej pustyni. Kłujący magnetycznymi igiełkami jak szkiełko w oku baśniowego Kaja.

Muzyka na „Disintegration Loops” jest z założenia podkładem. Trafia do duszy słuchacza nieinwazyjnie, poza zmysłami, nie angażuje mocy umysłowych, ale wprowadza w stan hipnozy. Monotonne odtwarzanie tych samych pętli przez godzinę gwarantuje wysokiej jakości trans, dlatego jedynym stanem sprzyjającym słuchaniu Basinskiego jest zasypianie.

Magnetycznych snów.

Najlepszy na płycie:  dlp 1.1.

Tomasz Skotak